Już samo to pytanie dla jednych jest zwykłą manipulacją. Przecież rynek to w teorii miejsce, gdzie spotykają się racjonalni kupujący i sprzedający, którzy za określoną sumę zawierają transakcje. Kupują udziały w przedsiębiorstwach, waluty, obligacje, kontrakty. Bez ograniczeń. Brzmi to jak doskonała realizacja liberalizmu. Rzeczywistość wygląda jednak trochę inaczej.
Powiedz mi, jak inwestujesz, a powiem ci, kim jesteś
Przyjmuje się, że istnieją dwie najbardziej szeroko pojęte analizy atrakcyjności danej inwestycji – fundamentalna i techniczna. Fundamentalna polega na ocenie atrakcyjności i perspektyw danej spółki (waluty itd). Techniczna – na analizie wykresów i „łapaniu” trendów. Przeplatają się oczywiście, spora częśc inwestorów fundamentalnie wybiera walor, natomiast na podstawie techniki ustala moment wejścia w inwestycję. Czy to działa?
Każdy dom maklerski wybiera pewien koszyk spółek, którym szczególnie się interesuje. Tworzy ich analizy fundamentalne, przeprowadza wycenę i na tej podstawie wydaje rekomendacje, zazwyczaj w perspektywie dwunastomiesięcznej. Problem polega na tym, że istnieje ogromna liczba spółek o doskonałych fundamentach, o wycenach o kilkadziesiąt procent wyższych niż obecna cena których kurs nie rośnie. Dlaczego? Najprostsza odpowiedź brzmi: nie ma na nie popytu. W pewnych przypadkach mamy do czynienia z sytuacją, gdy publikacja rekomendacji powoduje natychmiastową zmianę kursu o kilkadziesiąt procent, który zazwyczaj w następnych dniach czy miesiącach jest korygowany.
„Technicy” wykorzystują zasadę powtarzalności – istnieją formacje, czyli pewne wzory wykresów, które w większości przypadków w ten sam sposób wpływały na trend. Ich skuteczność jest jednak różna i bardzo często działa na zasadzie samospełniającej się przepowiedni – jeżeli formacja w teorii sugeruje wzrost kursu, inwestorzy kupują walor – więc ten rośnie. Oczywiście – sprawia to, że część formacji w dużym stopniu się sprawdza. Pozostaaje jednak pytanie: czy to jeszcze inwestowanie, czy już tylko gra, w ktorej nie ma żadnego znaczenia walor, który kupujemy?
Szanse nie są równe
Inwestor (czy spekulant) operujący niedużym kapitałem nie ma łatwego życia – nie jest w stanie wpłynąć na kurs spółki. Jego wejście w inwestycję to jedynie pobożne życzenie, że kurs zachowa się w ten, a nie inny sposób. Inaczej wygląda sprawa z „grubymi rybami”. Posiadając znaczne pakiety akcji, banki czy fundusze inwestycyjne są w stanie wpływać na kurs, co zresztą robią. Giełda nie jest położona w próżni – to gra pomiędzy ludźmi – aby ktoś zarobił, ktoś inny musi stracić. Niestety szanse są nierówne. Jedyną umiejętnością jest bowiem zdolność opowiedzenia się po właściwej stronie.
Otwartość rynku – jego słabość i siła
Inwestując na giełdach spotykamy się z jeszcze z dwoma problemami – pierwszy, to niepewność. W grach karcianych sprawa jest prosta – 52 karty, określona liczba układów, zbiór zamknięty. Na rynku nigdy niczego nie można być pewnym. Z jednej strony ma to swoje plusy – w teorii możemy kupić walor za 1 grosz, który po jakimś czasie będzie wart 10 000 złotych. Z drugiej strony znane są przypadki spółek, które sprzedawano po 700 złotych, a ich kurs w tej chwili waha się w okolicach 5 zł.
Drugim problemem jest irracjonalność inwestorów. Powiedzieliśmy już, że mały inwestor niewiele może. Problem pojawia się wtedy, kiedy duzi inwestorzy (albo ogromna grupa małych) pod wpływem jakiegoś impulsu podejmuje decyzję zupełnie nieracjonalną z fundamentalnego czy technicznego punktu widzenia. Możemy na tym zarobić, możemy też stracić. Gorzej, że nawet, jeżeli my jesteśmy racjonalni, nie możemy nic z tym zrobić – rację ma silniejszy.
Spółka to jedno, rynek – drugie
Kolejny problem jest powiązany z otwartością rynku. Polega on na tym, że rynek jest siatką nieskończenie wielu zależności, których nie jesteśm w stanie poznać ani przewidzieć. Nawet, jeżeli nasza spółka wydaje się być prawdziwym tygrysem, kiepska sytuacja gospodarcza w państwie czy na świecie jest w stanie sprawić, że jej rynkowa wycena będzie śmiesznie niska. Co więcej, może okazać się, że firma opiera się na genialnym prezesie i w chwili, gdy umiera (lub zmienia pracę) jest nic niewarta. Wreszcie, spółka może po prostu zbankrutować i zniknąć. Zniknąć może nawet cała giełda – to w końcu też zwyczajna firma.
Ocenę pozostawiam Wam.
W następnym odcinku: co giełda ma wspólnego z pokerem.